zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Trendy owędy fomo lub jomo wybór należy do ciebie!

Brak reakcji szybko ją irytuje. Zaczyna okazywać niezadowolenie i domaga się… iPada

Szybki rozwój technologii jest dobry tylko dla tych, którzy nie znają innego świata niż cyfrowy. Czyli dla naszych dzieci, dla których każdy ekran jest dotykowy, a wszystko wokół interaktywne. Dla żyjących na przełomie epok sprawa nie wydaje się już taka oczywista. Codziennie towarzyszy nam wewnętrzne rozedrganie, a uczuciu rozdarcia pomiędzy dwoma światami towarzyszą wyrzuty sumienia. Bo czy aby nie tracimy zbyt wiele czasu na życie online? Czy normalne jest, że coraz więcej czasu spędzamy w internecie i coraz więcej naszych relacji sprowadzamy do kliknięcia „like” czy „follow”?    
To właśnie dualistyczne pokolenie konsumuje obecnie świat, nadaje mu rytm. I chcąc nie chcąc, musi się w nim odnaleźć, bo samo stworzyło sobie tak wiele różnych nowych płaszczyzn, że się pogubiło…
Obserwując trendy, łatwo dostrzec także dualizm w nich samych. Z jednej strony technologia coraz bardziej włada naszą codziennością, z drugiej – uświadamiamy sobie coraz boleśniej łączące się z nią zagrożenia, szukamy alternatyw, często sposobów ucieczki. Próbujemy pogodzić ze sobą dwa wymiary.
Wiele trendów uważanych za kluczowe w 2013 r. to przedłużenie tego, co kiełkowało już w latach ubiegłych. Widać jednak wyraźnie, że zwiększa się liczba trendów dążących do znalezienia równowagi pomiędzy światem cyfrowym a realnym.
Pamiętacie FOMO – fear of missing out? Kto z nas choć raz nie złapał się na odczuwaniu wewnętrznego niepokoju, gdy był poza zasięgiem sieci? A przede wszystkim, czy jest ktoś, kogo to uczucie nie denerwuje? Nie wydaje wam się dziwną sprawą, że noszenie w sobie takiego dość absurdalnego strachu to dziwna sprawa? Przecież życie toczy się przede wszystkim tu i teraz?
Czas to zmienić i dostrzec zalety nowego trendu: Joy of Missing Out, i zostać JOMO. Nauczenie się, jak odczuwać radość z tego, co nas omija, nie musi być wcale takie skomplikowane.
Określenie to pochodzi od blogera Anila Dasha. Według niego bycie JOMO oznacza bardziej świadome korzystanie z technologii. Sięgaj po te informacje, których naprawdę potrzebujesz, nie daj rozproszyć swojej uwagi, zwolnij, zredukuj stres. Są rzeczy ważne i ważniejsze…
Na potwierdzenie trendu JOMO: wyniki ostatnich badań Pew Research Center, z których jasno wynika, że dwie trzecie użytkowników amerykańskiego Facebooka dobrowolnie i bez przymusu zrezygnowało na jakiś czas z korzystania z serwisu. Przyczyny urlopu od największej społecznościówki świata były naturalnie różne: po prostu chęć odwyku, znużenie treściami marek, zmęczenie wiecznym utyskiwaniem znajomych oraz wszechobecnymi plotkami. Skutek był natomiast bardzo podobny: wszyscy badani dość szybko dostrzegali, że to, na czym skupiali się, gdy nie było internetu, nadal jest fajne i nie straciło nic a nic na atrakcyjności. 
Z powodu szybkiego, przepełnionego stresem życia cierpi także to, co najcenniejsze, czyli nasze zdrowie. Żyjemy wprawdzie coraz dłużej, ale zazwyczaj dzięki osiągnięciom medycyny, a nie naszej pracy bądź zaangażowaniu.
Czas to zmienić i zacząć żyć uważnie. Thich Nhat Hanh, wietnamski mnich buddyjski, mistrz zen i współautor książki „Smak. Świadome odżywianie. Świadome życie”, serwuje nam sporą porcję wskazówek dotyczących tego, jak praktykować uważność w codziennym życiu. Nawołuje do większej dbałości przy wykonywaniu codziennych czynności, takich jak chociażby jedzenie. Otyłość jest chorobą współczesnej cywilizacji, właśnie przez brak uważności. Jemy szybko, nie celebrujemy posiłków. Pochłaniamy je podczas innych czynności, takich jak oglądanie telewizji czy praca przy komputerze, podczas gdy nasz mózg może skupić się wyłącznie na jednej z tych czynności. Nic więc dziwnego, że gdy zajadamy się popcornem podczas kinowego seansu lub zagryzamy chipsy w trakcie oglądania meczu w telewizji, sięgamy po nie impulsywnie i zjadamy znacznie więcej, niż można. Warto więc uodpornić się na zewnętrzne bodźce i zacząć celebrować życie. A energię czerpać z natury.

Jeden z silniejszych obecnie trendów to właśnie natura jako antidotum. Jeszcze w 1990 r. 40 proc. światowej populacji żyło w miastach. Dziś mieszka w nich więcej niż połowa ludności. Hałas, zatrucie środowiska, ruch uliczny, zawrotne tempo to nieodłączne atrybuty miejskiego życia. Ukojenie przynosi natura. W ten trend wpisuje się nowa filozofia fitness, nazwana MovNat. Jej wielkim orędownikiem i twórcą zarazem, choć trudno tu powiedzieć, że pomysł jest odkrywczy, jest uznawany za jednego z najbardziej wysportowanych ludzi świata – Erwan Le Corre. Jego zajęcia odbywają się w plenerze i polegają na wykorzystywaniu w ćwiczeniach tego, co dała nam natura. Wspinamy się po drzewach, balansujemy na pniach, podciągamy się na gałęziach. Jak bumerang wraca w tej chwili obraz pewnego pana w bardzo podeszłym wieku, który wzbudza zdziwienie ludzi, gdyż codziennie o tej samej porze, na tej samej gałęzi w pobliskim parku podciąga się dziesiątki razy. Wiele osób uznaje go za dziwaka, niektórzy z zazdrością patrzą na jego smukłe ciało i teraz chyba już wszystko jasne: wkrótce ten widok powinien być powszedni. Starszy pan jest bardzo trendy w swoim podejściu do zdrowia i warto iść w ślad za nim.
Fitness już nigdy więcej nie będzie wyłącznie rozrywką dla majętnych, których stać na prywatnych trenerów czy choćby członkostwo w drogim klubie. Miasta również wychodzą naprzeciw takim oczekiwaniom, tworząc place zabaw… dla dorosłych. Możemy je też śmiało nazwać siłownią pod chmurką, której popularność jest naprawdę zaskakująca. W 2012 r. pierwszy taki plac zabaw powstał w Macombs Dam Park na nowojorskim Bronksie, wkrótce będą kolejne. Wiele takich miejsc jest także w Trójmieście, Warszawie i innych polskich miastach, które tym razem wcale nie pozostają na końcu peletonu trendów. 
Czekamy także z niecierpliwością, aż zawita do nas trend zwany fitness on the go – to zapewne tylko kwestia czasu. Nieważne, gdzie jesteś, możliwość uprawiania sportu jest w zasięgu ręki i kosztuje cię to tylko trochę silnej woli i samozaparcia. Na lotnisku w San Francisco została niedawno utworzona specjalna strefa dla chcących uprawiać jogę, z której może skorzystać każdy podróżny. Wystarczy dostosować się do zasad. Naczelna brzmi: wyłącz swój telefon komórkowy i uszanuj ciszę. Przyznać trzeba, że ten warunek wciąż dla wielu ogarniętych FOMO jest trudny do spełnienia.
Uważne odżywianie, fitness gdzie się da – to już stosunkowo dobrze, ale większość z nas ma pracę siedzącą, która, jak to podsumowali mądrzy naukowcy, zabija. Zabija powoli, choć problemy z kręgosłupem, które kiedyś były domeną emerytów, stają się powszechne w pokoleniu trzydziestolatków. Byle jakie siedzenie przy biurku przez osiem lub dziesięć godzin dziennie negatywnie wpływa także na nasz metabolizm. Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Sydney doszli nawet do wniosku, że siedzenie przez więcej niż jedenaście godzin dziennie zwiększa ryzyko śmierci o 40 proc. Dane są zatrważające, ale nie oznacza to, że nie możemy nic zrobić w tej sytuacji. Już regularne ćwiczenia są doskonałym antidotum, ale może być nim również… praca na stojąco! Steelcase – jedna z najpopularniejszych marek mebli biurowych w USA, potwierdza, że sprzedaż tzw. walkstations, które wprowadzili do swojej oferty, rośnie czterokrotnie szybciej niż sprzedaż tradycyjnych, klasycznych biurek. Dzięki takiej konstrukcji możemy pracować nie tylko na stojąco. Daje nam ona możliwość odbycia spaceru w trakcie rozmowy, którą tradycyjnie odbywamy, nie wstając z krzesła, lub też przebieżki, jeśli ta pomaga nam np. w myśleniu. Popularnym produktem stał się także Ergo Desktop – biurko, które z łatwością możemy dostosować zarówno do pozycji siedzącej, jak i stojącej. 
Obecne czasy zostały okrzyknięte także erą superstresu. Trudno się z tym nie zgodzić: każdy z nas odczuwa go chyba częściej niż kiedykolwiek indziej i coraz bardziej uświadamiamy sobie jego niszczącą siłę. Dostrzegają to także specjaliści od zdrowia, dla których stres jest obecnie najczęściej identyfikowanym podłożem wielu problemów zdrowotnych. Z pomocą mają nam przyjść różnego rodzaju aplikacje, które nie tylko pozwalają monitorować poziom stresu, ale i uczą, jak sobie z nim poradzić i wrócić na właściwe tory. Aplikacja Bandu, nad którą pracuje sztab neurologów oraz inżynierów, ma nieustannie monitorować poziom naszego stresu za pomocą zegarka połączonego ze smartfonem. Dostępna na iPhonie aplikacja Stress Free to natomiast unikatowy program, którego autorem jest dr Deepak Chopra. W ten sposób możemy odbyć sześciotygodniowy kurs, który pozwoli zmienić nasze podejście do stresu, a następnie znacząco go zredukować. 
W redukcji stresu bardzo pomocna może być także redukcja hałasu. Już w 2012 r. cisza została wpisana na listę najważniejszych trendów, choć bardziej adekwatne niż trend jest tu określenie: potrzeba. Działające w Wielkiej Brytanii Stowarzyszenie na rzecz Redukcji Hałasu opracowało nawet tzw. Quiet Mark – do oznaczania produktów, które dbają o właściwy poziom decybeli w naszym otoczeniu. Pod tym hasłem przebiegała zresztą kampania, patronującej stowarzyszeniu, marki Lexus, a konkretnie hybrydowego modelu CT200h. „Join the Quiet Revolution” – czyli przyłącz się do cichej rewolucji, było przewodnim hasłem kampanii. Cichych produktów codziennego użytku jest więcej: odkurzacze, pralki, sprzęty kuchenne. Poziom hałasu generowanego przez nie stanie się wkrótce jednym z najważniejszych, obok oszczędności energii, wyznaczników dla konsumentów planujących zakup.
Jeśli właśnie kończycie czytać ten tekst, oznacza to, że choć na chwilę w ciszy i skupieniu oddaliście się lekturze. Zamiast wracać do cyfrowego świata, polecamy pozostać jeszcze przez chwilę offline. Zaczerpnąć świeżego powietrza, poszukać w parku gałęzi i pieńka, które podczas spaceru choć przez kilka minut staną się naszym ulubionym przyrządem do ćwiczeń. Odczujcie radość bycia wylogowanymi i dajcie znać: fajniej jest być JOMO czy FOMO? FOMO-wcy proszeni są o wpis na Twitterze lub Facebooku. Idący z trendem JOMO zachwyciliby redakcję tradycyjną korespondencją.


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.