Jej po prostu chce się słuchać. Kiedy swoim charakterystycznym zachrypniętym głosem, może nawet nie wyśpiewuje, co deklamuje tekst, tym samym obrazowo go interpretując, rzuca się wszystko i wsłuchuje w ten przekaz, który nie daje o sobie zapomnieć. Być może to cecha największych – bez fajerwerków, bez zbędnych upiększeń, stoją na scenie niczym nagi król.
„Szlachecka córka, anielska gwiazdka popu, dziewczyna rockowego gwiazdora – te demoniczne kukły, moje kolejne wcielenia, nie opuszczały mnie, chociaż tak bardzo je niszczyłam” – mówiła w jednym z wywiadów. Jej życie, zaplanowane jako komfortowe i bez kolein, potoczyło się jednak tak, jakby artystka świadomie chciała wynieść z niego jak najwięcej.
Przyszła na świat w domu, w którym artyzmowi towarzyszyły niedopowiedzenia. Jej matka była tancerką w berlińskim klubie Max, a ojciec… szpiegiem w MI6. „Moi rodzice kochali się” – zapewnia Marianne, która i tak przez większość życia będzie kojarzona z TYM Masochem – poprzez matkę spokrewniona jest z Leopoldem Sacher-Masochem, autorem słynnej i skandalizującej Wenus w futrze.
Dziewczyna z dobrego domu, która zawsze wraca do domu przed zmrokiem, powoli jednak zaczyna wsiąkać w towarzystwo londyńskiej bohemy lat 60. Poznaje Johna Dunbara – aspirującego artystę i w wieku 18 lat wychodzi za mąż. Małżeństwo trwa rok, rodzi się jej jedyne dziecko – syn Nicholas. Marianne jednak ciągnie do świata artystów i do ludzi, którzy podobnie jak ona zmienią świat muzyki na zawsze – poznaje zarówno Beatlesów, Boba Dylana jak i Rolling Stonesów.
As Tears Go By napisana dla niej w 1965 roku przez Jaggera i Richardsa zaczyna jej przygodę z piosenką i ze światem, który choć kolorowy i inspirujący, staje się potem złotą klatką. Wyśpiewaną anielskim głosem i hiperpiękną angielszczyzną piosenkę „typowej angielskiej dziewczyny, o niebywałej klasie, świadczącej o burżuazyjnym pochodzeniu” emitują stacje radiowe w całym kraju – przez sześć tygodni okupuje ona szczyty list przebojów. „Byłam naprawdę zachwycona sobą” – powie później o tych latach. Piękna, wykształcona i niewinna Marianne rozpoczyna romans z Jaggerem, który w tym czasie śpiewa Let’s spend the night together i staje się bożyszczem seksu. Dwa pozornie niepasujące do siebie światy przyciągają się i inspirują na dobrych kilka lat, jednak to ona zapłaci za rozpad tego związku najwyższą cenę. Dziś ich wspólne zdjęcie, na którym trzymają się za ręce, wisi w toalecie jej paryskiego mieszkania. Stało się tak na skutek wielu okoliczności – egocentryzmu Jaggera, ale nade wszystko poronienia ich dziecka w siódmym miesiącu ciąży. Rozstanie z Mickiem tylko wzmocni jej i tak już długoletnie uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Smutek tkwiący w niej od zawsze, skutkujący długoletnią depresją, objawia się próbą samobójczą, podczas pobytu w Australii – Marianne połyka 150 pigułek nasennych. Sześciodniowa śpiączka, podejrzenie uszkodzenia mózgu. „Rzuciłam wszystko dla Micka. Przestałam pracować” – mówi. „Najłatwiej byłoby powiedzieć, że nasza relacja rozpadła się przez narkotyki, ale to o wiele bardziej skomplikowane. Mick wytwarza wokół negatywną energię”. Po latach, z dystansu, Marianne stwierdzi: „Myślę, że narkotyki były używane przeze mnie jako sposób na tłumienie mojego naturalnego ducha. Pomogły mi tkwić w pustce”.
Ta pustka, a raczej niemożność i niechęć do życia jako modelu wyznaczonego społecznie, z jasno określonymi celem i sensem, będzie z nią na długie lata. Wciąż śpiewa, jest docenianą aktorką, ale jej po prostu nie interesuje życie. Woli nie brać za nie odpowiedzialności, płynąć z dniem, stać się bezwolną w objęciach kolejnej kolorowej pigułki umożliwiającej jej nie-czucie. Jej wrażliwość ujmuje chcących pracować z nią twórców, ale destrukcyjność Marianne jest dla nich nie lada problemem. Roman Polański, nie chcąc ryzykować fiaska filmu, nie zaangażuje jej do roli Lady Makbet. A Marianne jest w ciągu i to tak potężnym, że traci prawa do opieki nad synem, a także mieszkanie i przez dwa lata skłotuje w Soho. „Zaczęłam żyć jako heroinistka na ulicy w wieku 23 lat. Nie miałam pieniędzy, nie miałam niczego. Byłam w bardzo złym stanie”. Wtedy też zyskuje drogocenny dar w postaci chrapliwego sopranu, przepalonego i przepitego wieloma latami smutku i upadków, a także zwyczajnie nieleczonego z zapalenia krtani. Nagrywa album Rich Kid Blues, potem dość rozpoznawalną Dreaming My Dreams (1976). „To jeden z powodów dla których żyję. Pomyślałam wtedy: Jednak mam coś do przekazania ludziom” – mówi o tych latach.
Ale jednak ludzie nie chcą jej słuchać, i jej płyty w latach 70. przechodzą praktycznie bez echa. Wielkim powrotem Marianne jest Broken English z 1979 roku, w którym daje się poznać jako tekściarka, jak zawsze wrażliwa, ale i bezkompromisowa. Jednak nałóg wciąż trzyma ją w szponach – gdy w 1985 roku w Nowym Jorku przedawkuje heroinę, na moment przed zatrzymaniem akcji serca dochodzi do niej jak bardzo chce żyć. Postanawia rzucić alkohol i narkotyki.
Formą autoterapii jest ponowne nagranie As Tears Go By, które ukazuje się na Strange Weather w 1987 roku, który Marianne wreszcie ocenia jako „znakomity album”. Powoli odzyskuje grunt pod nogami. Wyprowadza się do Irlandii, gdzie mieszka sama przez dziewięć lat. Wyciszenie i autokontemplacja wyśmienicie na nią wpłynęły. Jej kariera, co wydaje się nieprawdopodobne, tak naprawdę nigdy nie była zagrożona. Jej płyty mogły się gorzej sprzedawać, ona sama być kojarzona z wyniszczającym nałogiem i nie pozyskać zaufania słuchaczy, ale jednak zawsze gdzieś na końcu tego ciemnego tunelu było światło. Ktoś sobie przypomniał, ktoś zaproponował wejście do studia, słysząc w tym jedynym w swoim rodzaju głosie prawdę i piękno.
W jej przypadku trudno nie odnieść wrażenia, że współpisanie herstorii wraz innymi siostrami po fachu (casus Anity Pallenberg, partnerki Stonesów) i kobietami w ogóle, było długim i powolnym procesem. Jako artystka Faithfull zyskała drugi oddech w latach 90. – jest świadectwem czasów i wciąż obowiązującej w świadomości społecznej idei, że do tej pory Marianne istniała w niej jako dziewczyna Stonesów, albo też podkreślano nieustannie fakt jej uzależnienia. Jako osobna artystka zyskała na fali kobiecej emancypacji, która rozpoczęła się w połowie lat 90., i która zaowocowała wspaniałymi karierami Björk, PJ Harvey czy Alanis Morissette i wielu innych. Ten przełom,
na który tak długo czeka Marianne, następuje w momencie wydania w 2005 roku Before the Poison, gdzie PJ Harvey, Nick Cave i Damon Albarn komponując dla niej i pisząc teksty odświeżają jej wizerunek, dzięki czemu Marianne zyskuje większe i dotąd nieznane pole dla swojej artystycznej ekspresji. Powstaje jedna z jej najlepszych płyt, gdzie dojrzała kobieta śpiewa o wielu odcieniach miłości. I jest to płyta firmowana poetycką nostalgią, tak typową dla Marianne.
Często w swojej twórczości wspomina osoby dla niej ważne, jakby chciała wykuć dzięki słowom ich monumenty, ocalić od zapomnienia, sprostować pomówienia. Działa niczym biografka, która wie, jak ważny w tym momencie jest czas. Tak było z Nico, czyli Christą Päffgen – muzą The Velvet Underground, która wedle słów Marianne w Song for Nico „urodziła się w 1938 roku, dobrym dla Reichu”, ale to, że „była po uszy w złej sytuacji, będąc przy tym niewinną” uznaje za kluczowe dla całego utworu. W anonimowej dziś postaci Nico, podobnie jak w przypadku tysięcy bezimiennych kobiet, dokładających swoją energię i pomysły do sukcesu mężczyzn, odnajduje Marianne siebie. Na wydanej w tym roku Negative Capability, o której mówi, że jest najbardziej szczerym albumem w jej karierze, i można być pewnym, że mówi prawdę, wspomina zmarłą w zeszłym roku Anitę Pallenberg, muzę i towarzyszkę życia Stonesów. Born to Live nie epatuje sensacją i nie stanowi próby podsumowania kilkudziesięcioletniej znajomości. Mariannie rozpaczliwie stwierdza, że „nienawidzi, kiedy odchodzą starzy przyjaciele” i trudno oprzeć się wrażeniu, że cała ta płyta przeniknięta wspomnieniami (po raz trzeci wykonane As Tears Go By, i ponowne Witches Song z Broken English tylko w tym utwierdza), jest pożegnaniem nie tylko ze światem, ale też być może samej Marianne.
Marianne szukała dla siebie przez całe życie właściwej ekspresji, mocnych sytuacji, które mogłyby ukazać pełnię jej talentu. Z drugiej strony nigdy nie zabiegała o popularność, dystansując się od show businessu i zasad nim rządzących. Wolała ustalać swoje – jak na przykład wchodzenie do studia tylko wtedy, gdy czuje się, że ma się coś do powiedzenia. Albo zagranie roli Iriny Palm w filmie owacyjnie przyjętym na filmowych festiwalach, który ukazał jej ogromny talent aktorski. To jedyny obraz z którego – jak zapewnia Marianne – jest dumna. Gra tam zdesperowaną kobietę, która aby zebrać pieniądze na leczenie wnuczka najmuje się do pracy w jednym z domów uciech, nigdy przy tym nie doprowadzając do pełnego kontaktu fizycznego. Jest w niej tam i prawda, ale też rynsztok dawnych lat, niewinność i delikatność, a z drugiej strony głęboka niechęć do ludzi, których jak mówi bez ogródek, nienawidzi. Jej przygoda z filmem zaczęła się dużo wcześniej, równolegle do kariery piosenkarki, ale nigdy nie była przez nią ani rozwijana ani – podobnie jak w przypadku każdego innego przejawu twórczości i tu Faithfull była abnegatką – sterowana: co ma być, to będzie, a co nie będzie, to znaczy, że miało się nie stać.
Obecnie 71-letnia wydaje się być w całkiem niezłej formie, pomimo fatalnego w skutkach wypadku, który daje się jej mocno we znaki i odmienia życie. Kilka lat temu podczas pobytu w Grecji tak nieszczęśliwie upada, że łamie kość biodrową. Na domiar nieszczęścia podczas operacji dochodzi do zakażenia, co doprowadza do długiej i bolesnej rekonwalescencji. Marianne porusza się już tylko lasce (dodajmy: nie byle jakiej).
„Nie jest bezpiecznie pokazywać cokolwiek komukolwiek” – powiedziała w jednym z wywiadów. Ale jednak robi to. Bo czyż nie na tym polega życie?