Jest tak nieobliczalny, że aktorzy z nim pracujący muszą się wykazywać nie tylko dużą odpornością psychiczną, ale także umiejętnością dyplomacji. Gdy patrzy się na zdjęcia z premier jego filmów, widać reżysera „na chodzie” i niekiedy wycieńczonych odtwórców ról. Charlotte Gainsbourg, która jest jego ulubioną aktorką i muzą, stwierdza krótko: – Lars jest prawdziwym artystą i nie zgadza się na żadne kompromisy. Naprawdę wystawia się na krytykę, ale taką ma osobowość.
Jego kino oparte na minimalizmie treści i maksimum emocji, budzi skrajne opinie. Jednych uwodzi kadrami kręconymi z ręki, w myśl ogłoszonego w 1995 roku manifestu Dogmy (teraz reżyser stosuje „statyczną” narrację), co nadaje jego filmom szczególny klimat i „to coś”, co powoduje, że można mówić o kinie autorskim, innych nuży i wręcz irytuje i odpycha stawianie się w roli moralizatora i przemawianie z pozycji wszechwiedzy.
Jednak to „coś” to coś znacznie więcej – indywidualne podejście do tematów, które dla von Triera są jedynymi wartymi uwagi – nasze życie jest jednym wielkim absurdem, a my powinniśmy nie tyle dążyć do rozwiązania zagadki bytu, co świadomie i pewnie kroczyć ścieżką która wydaje się nam celowa. Tak prowadził swoich aktorów w słynnym Antychryście, który już przez sam tytuł odbierany był jako rzucenie wyzwania mieszczańskiej moralności, którą tak chętnie krytykuje i stara się ukazywać wszelkie pułapki w niej czyhające. Ale nie zawsze kino von Triera jest opresyjne i prowadzi widza na skraj emocjonalnego rollercoastera. W zrealizowanym w 1994 roku miniserialu Królestwo von Trier trochę wzorując się na Miasteczku Twin Peaks, a bardziej chcąc dać upust swojemu czarnemu humorowi i uwielbieniu absurdu, kreśli portret duńskiego szpitala jako ostatniego miejsca po którym spodziewać się można niesienia pomocy. Skorumpowany profesor Stig Helmer, któremu daleko do Hipokratesa, a już na pewno nie mający w sobie empatii, jest jego szablonowym bohaterem filmów z tamtego okresu – mrocznych, wręcz duszących, przypominających trochę Bergmanowskie pytanie „po co to wszystko”, a niejako przy okazji pozostawiając otwartą kwestię natury człowieka. Choć Królestwo zakropił von Trier solidną dawką absurdu, spod tej farby wychodzi skrajny pesymizm – żyjemy po to aby umrzeć, albo inaczej: życie jest jedną wielką ucieczką przed śmiercią. To dlatego każe swojej bohaterce z Przełamując fale (rewelacyjny debiut Emily Watson) poświęcić życie, wręcz całą siebie, każdym najmniejszym porem jej skóry i komórką ciała na rzecz miłości totalnej, stanowiącej jedyny sens i cel życia głównej bohaterki. Tym filmem reżyser zapoczątkował tak zwaną „Trylogię Złotego Serca”, w której ukazał z jakim pokładem cierpienia i wyrzeczeń, niezrozumienia społecznego, a często ośmieszenia prowadzi droga, którą określamy „bycie dobrym człowiekiem”, często ukazywanym w jego filmach jako osoba na poły infantylna, a czasem wręcz upośledzona.
W Idiotach oraz w Tańcząc w ciemnościach (nagrodzona w Cannes Złotą Palmą Björk dała tu z siebie wszystko) ustawił się w pozycji moralisty, który ukazuje jak bardzo kruche są wewnętrzne oczekiwania wobec siebie samego w konfrontacji ze społecznymi normami. Jego bohaterowie choć wielcy, noszą w sobie cierń niespełnienia, a ogrom ich cierpnienia ich nie wyzwala, wręcz przeciwnie, staje się jedynym sensem istnienia. W tym świecie nie zaznamy szczęścia – zdaje się mówić von Trier, a robi to tak sugestywnie, że widz na poły sparaliżowany, na poły urzeczony poddaje się tej wizji, stawiając sobie pytania na ile nasze życie w ogóle ma sens.
Pełen lęków von Trier nie ma łatwego życia – boi się latać samolotem, stąd niemożność realizowania przez niego filmów w USA. Cierpi także na kancerofobię, obsesyjnie wyczekując dnia kiedy dopadnie go choroba. Ma niewyparzony język, który jest jednakże pochodną jego intelektualnie wolnego umysłu. Jednak wolny umysł nie zwalania od głupoty – po wyrzuceniu w 2011 roku z festiwalu w Cannes za słowa gloryfikujące Hitlera i powiedzenie że „w pewnym sensie go rozumie”, stał się na pewien czas persona non grata. Kino jednak się o niego wciąż upomina. Nikt tak jak on nie potrafi operować obrazem, w którym jak w soczewce i wielkim natężeniu kryją się „wielkie pytania”. W Melancholii dał upust swojmu geniuszowi, który to film przygważdża widza od pierwszych sekund – scena ślubu w niczym nie przypomina radosnego wydarzenia, a jest zapowiedzią nadciągającej katastrofy, przed którą nie ma ucieczki. Depresja głównej bohaterki staje się główną osią w jej relacjach z siostrą, która trzeźwo myśląca i stanowiąca jej całkowite przeciwieństwo, próbuje ją odzyskać dla siebie i dla świata. Reżyser ujawnił ostatnio, że obecnie pracuje nad scenariuszem horroru, którego akcja ma się rozgrywać w scenerii wprost stworzonej do jego filmów. Opuszczone Detroit ma stać się sceną „walki z wewnętrznymi demonami” głównego bohatera. Czyżby Lars znów w pewien sposób portretował siebie?