zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

Isabella Blow

Urodziła się w 1958 roku w Chesire, w arystokratycznej rodzinie. Cieniem na życiu Isabelli i jej rodziny położyła się śmierć dwuletniego brata, który utopił się w basenie. Jej rodzice po śmierci syna oddalili się od siebie, a chłód matki, która jak wspominała Isabella ograniczała się jedynie do podania jej ręki na przywitanie, sprawiły, że dziewczynka zamknęła się w sobie i zapadła na przewlekłą depresję. 
Momentem przełomowym w życiu Isabelli była przeprowadzka do Nowego Jorku w 1979 roku. Zamierzała studiować na Columbia University starożytną sztukę chińską, a przy okazji, obracała się w kręgu artystycznej bohemy. Poznała m.in. Andy’ego Warhola, Roya Lichtensteina i Jean-Michaela Basquiata. Znajomością, która wprowadziła ją do świata mody, było spotkanie z Anną Wintour, której została asystentką. Stąd już tylko krok dzieli Isabellę od powrotu do Anglii i zostania stylistką w Vogue. Do wyszukanych i horrendalnie kosztownych sesji zdjęciowych dokłada z własnej kieszeni. Kocha modę a ona ją.
Miłość Isabelli do artystów była odwzajemniona. Uwielbiała odkrywać nowe, nieznane mainstreamowi nazwiska, które potem zdobywały sławę jako rajskie ptaki mody. Tak było z Philipem Treacy, bliżej nieznanym studentem Royal College of Art, którego kapelusz założyła na swój drugi ślub. Do końca nosiła jego projekty, stając się nieformalnym mecenasem i przynosząc projektantowi krociowe zyski. – Kapelusz jest częścią mnie, a nie jedynie rekwizytem. Kiedy czuję się źle, idę do Philippa, on obejmuje moją twarz, a ja przymierzam jeden z jego fantastycznych modeli i od razu czuję się lepiej – powiedziała kiedyś o swoim związku z Treacy’m. Oboje określili swoją relację jako romans bez seksu. 
Kochająca piękno Isabella potrafiła zachwycić się każdym, w którym dostrzegła przebłysk „ręki Boga” – to ona zwróciła oczy świata na  Sophie Dall i Stellę Tennant, modelki o jakże różnym typie urody. 
Najintensywniejszy i zarazem najbardziej toksyczny związek  łączył Isabellę z geniuszem brytyjskiej mody – Alexandrem McQueenem. Isabella zobaczyła jego dyplomową kolekcję w 1991 roku w Central Saint Martins i z miejsca wykupiła, płacąc 5000 funtów  (w ratach), stając się admiratorką i promotorką twórczości artysty. To była niełatwa relacja. Obje neurotyczni i egocentryczni, nie ufający ludziom, tworzyli pomimo tego nierozłączną parę przez kilka lat. Bardziej zaangażowała się Isabella, widząc w McQueenie geniusza. On – outsider, z czasem znudził się obecnością muzy, która wymagała czasu i uwagi. Oddalili się od siebie. Ostatnie kilkanaście miesięcy tej znajomości było raczej starciem wrogów niż przyjaciół. I wprost pchnęło Isabellę do kolejnej próby odebrania sobie życia, tym razem udanej. 
Oddała mu całą swoją energię, czas i pieniądze – wspomina designer Julien Macdonald. – Przedstawiała go wszystkim. Ale nie dostała od niego nic w zamian i to złamało jej serce. Kiedy został kreatywnym w domu Givenchy Isabella liczyła, że nadal będzie jego muzą „na etacie”, tak się jednak nie stało. McQueen zatrzasnął przed nią drzwi i powiedział, żeby się odczepiła. Niedługo potem choroba psychiczna McQueena pogłębiła się – zaczął podejrzewać wszystkich wokół o spiskowanie przeciw niemu, z wyłączeniem ukochanej matki. Gdy spotkali się po latach, zapytała go czy pamięta stare dobre dni. Alexander nie miał żadnych złudzeń: Dobre stare dni odeszły na zawsze, Issi. Słowom Macdonalda przeczy fakt, że po śmierci Blow McQueen dedykował jej swoją najnowszą kolekcję, a znając jej miłość do róż stworzył specjalną odmianę, którą nazwał Issie.


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.