zachwyt, inspiracja, pragnienia, zmysł, smak, ciekawość, zapach, pożądanie, piękno

David Bowie

Przez niemal pół wieku kariery scenicznej zdołał uczynić ze swojego nazwiska jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek świata. By to zrobić, sięgał po wszystkie dostępne mu środki. Nie tylko muzyczne. „Tak często wymyślałem swój image na nowo, że zapomniałem już, iż na początku byłem otyłą Koreanką”, żartował

To mistrz autokreacji: manipulował mediami, a gdy zaczęły mu szkodzić – zmieniał osobowość. Był wymuskanym modsem z lat 60. ubiegłego w., przedstawicielem dzieci kwiatów, zniewieściałym dandysem, androgenicznym kosmitą z marchewkowymi włosami, europejskim intelektualistą z czasów berlińskich i wyrafinowanym dżentelmenem w średnim wieku. Dziennikarzowi powiedział kiedyś: uważam, że jestem zdolnym plagiatorem. Sam zainspirował rzesze gwiazd światowej estrady, takich jak U2, The Smiths, Bauhaus, Siouxsie and the Banshees, Joy Division, The Cure, Madonna, Marilyn Manson. Bowie jest ikoną również w świecie pozamuzycznym, bohaterem bardzo wielu sesji modowych. Ostatni raz wystąpił w 2006 r. u boku Alicii Keys, dwa lata wcześniej, podczas koncertu w Pradze, doznał na scenie zawału serca i od tamtego czasu zaczął wycofywać się z show-biznesu. Mimo to prasa muzyczna wielokrotnie namawiała go do powrotu. „Proszę, nie odchodź. Teraz jesteś nam potrzebny jak nigdy”, pisali do niego dziennikarze „New Musical Express” w liście otwartym, gdy jego biograf, Paul Trynka, stwierdził, że Bowie już ostatecznie odszedł na emeryturę i nie stworzy kolejnego albumu. Dokładnie po 10 latach nieobecności na scenie, w swoje 66. urodziny, w marcu ub.r., brytyjski muzyk wypuścił singiel zapowiadający jego nową płytę. Tytuł krążka to „The Next Day”. Ostatnie lata milczenia Davida przerywane były tylko niekończącymi się spekulacjami, plotkami i pobożnymi życzeniami fanów. Artysta był wielokrotnie na granicy życia i śmierci, czy to silnie odurzony narkotykami, czy też na skutek choroby. „Moja śmierć czeka niczym druid”, te słowa, pochodzące z jednego z najbardziej znanych albumów Davida „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars” (z 1972 r.), rozbrzmiewały co wieczór podczas jego słynnej trasy koncertowej.
 Właściwie nazywa się David Robert Jones, jednak na samym początku kariery przyjął pseudonim Bowie, aby nie mylono go z perkusistą zespołu The Monkees, noszącym nazwisko Davy Jones. Urodził się w Brixton w 1947 roku. Jako trzynastolatek, zainspirowany jazzem z West Endu, uczył się grać na saksofonie u Ronniego Rossa. Obecnie gra na wielu instrumentach, takich jak: saksofon altowy i tenorowy, gitara, fortepian, instrumenty klawiszowe, harmonijka ustna, koto, mandolina, altówka, skrzypce, wiolonczela i stylofon. Może właśnie z powodu tej nadaktywności Bowie jest mistrzem łączenia gatunków muzycznych. Choć nie boi się zmian, nie do końca potrafi pogodzić się z upływem czasu.
Wszystko zaczęło się od „The Man Who Sold The World”, na którego okładce David Bowie wystąpił w sukience, a właściwie w męskiej sukience awangardowego projektanta Michaela Fisha. Płyta dała początek nie tylko nowej kreacji artysty – androgenicznego przybysza z innego świata, Ziggy’ego Stardusta – ale też pierwszym polemikom dotyczącym orientacji seksualnej muzyka. Bowie uczynił z nich potężne narzędzie marketingowe, na początku przyznając się do bycia gejem. Później w wywiadzie dla „Playboya” poprawił, że jest biseksualny. Kontrowersyjny i bardzo medialny temat przysporzył jednak Bowiemu sporo kłopotów. 
Na tyle dużo, że kilka lat później w rozmowie z magazynem „Rolling Stone” przyznanie się do biseksualności uznał za największy błąd, jaki kiedykolwiek zrobił. Z biografii muzyka dowiadujemy się, że pierwsza żona Davida nie miała nigdy wątpliwości, że jej mąż sypia z Mickiem Jaggerem. „Było oczywiste, że robią to ze sobą. Byłam tego tak pewna, że nigdy nie rozpatrywałam innej możliwości”, wyznała w książce Angie Bowie. Zresztą lider Stonesów nigdy nie krył swojej fascynacji kolegą po fachu. Łatka już do Bowiego przylgnęła i w świadomości słuchaczy na zawsze pozostał łamiącym tabu, szokującym prowokatorem. Sam zresztą zrobił niewiele, by przestano tak o nim myśleć. Z Ziggym artysta utożsamiał się wręcz do przesady. Na konferencjach prasowych i w wywiadach opowiadał o swoich pozaziemskich podróżach i nawet na chwilę nie wychodził z roli. Stworzył jednak nie tylko szokującego bohatera, ale przede wszystkim glam rock. Nowy nurt muzyczny przetrwał znacznie dłużej niż Stardust. W 1975 r. Bowie pożegnał się także z glam rockiem i z Europą. Wyjechał do USA, gdzie wciągnęło go życie tamtejszej bohemy. Zaprzyjaźnił się z Johnem Lennonem, co zaowocowało m.in. współpracą przy kolejnej płycie, „Young Americans”. Za oceanem David wymyślił swoje kolejne wcielenie: eleganckiego Thina White’a Duke’a, śpiewającego soul. Artysta zaczął też romans z kinem i wystąpił w swoim pierwszym filmie – „Człowiek, który spadł na Ziemię”. 
W tym samym czasie dała o sobie znać mroczna strona duszy Bowiego. Podobno nagrywając płytę „Young Americans”, żywił się wyłącznie mlekiem, czerwoną papryką i kokainą. „Chociaż nie można tego dowieść w żaden naukowy sposób, istnieje spore prawdopodobieństwo, że David Bowie zużył w połowie lat 70. więcej kokainy niż jakakolwiek inna gwiazda kultury popularnej”, przekonuje David Spitz w biografii muzyka. W Stanach kokainowa paranoja sprawiła, że jego nowym hobby intelektualnym stała się ezoteryka, zwłaszcza okultystyczne źródła nazizmu, i Aleister Crowley. Cierpiał na mnóstwo lęków i był nieznośny. W końcu musiała go egzorcyzmować, ceniona przez gwiazdy rocka, biała wiedźma Walli Elmlark: „Wezwana do rezydencji Bowiego, szybko i najwyraźniej skutecznie dokonała egzorcyzmu w basenie”. Mimo tak specyficznego trybu życia David zdołał oczarować słynną modelkę Angie. Byli razem 10 lat, mają syna. Po rozstaniu z żoną David długo szukał kolejnej miłości. W 1992 r. poznał somalijską modelkę Iman i od tamtej pory są nierozłączni. Ustatkowanie się nie oznaczało zerwania ze zwariowanym stylem życia. David uspokoił się nieco dopiero w 2004 r., po zawale. Zmieniał się jeszcze wiele razy, tworzył postacie w filmach i teatrze – warto wspomnieć o „Baalu” Brechta i roli Merricka, człowieka słonia, z którą także przez jakiś czas się utożsamiał. Bowie wreszcie się ustatkował i z klasą pokazuje światu, że już naprawdę nic nie musi. 
Tekst: Edyta Ochmańska


Niektórzy tańczą gdy coś w nich umiera. Inni płaczą. Efekt jest ten sam, a potem go nie ma. Są pustki tak gotowe by się napełnić, że okradają nas z przyjemności dawania. Każdego dnia wybija godzina, którą w pełni odczujesz tylko raz. Wielka Radość jest drogowskazem.

W zasadzie powinienem dokończyć rozpoczętą w poprzednim numerze opowieść o Azji, gdzie po przygodach w Malezji, na wyspie Langkawi i w Wietnamie, w Sajgonie, poleciałem do Tajlandii, ale pomyślałem sobie, że raz, co za dużo to niezdrowo, dwa, sam Bangkok to za mało, żeby napisać fajnie o tym kraju.